ciag dalszy relacji z agronautyki, teraz w ramach nowego zycia na swoim
RSS
piątek, 30 lipca 2010
fakty ustalone
Wczoraj wzialem sie za szlifowanie pokoju, zeby potem zagipsowac ponownie. I mniej wiecej zeszlo mi to do 17tej. Kiedy to z pylistej otchlani wyciagnal mnie najezdzca. Facet w sprawie koni. Przy okazji wyszlo, ze ma krowiszony do sprzedania. Poniewaz nie mialem klaczy do sprzedania, pojechal pod wskazany przeze mnie adres. Ja zas dwie godziny pozniej pojechalem do niego rzucic okiem na krowiszony. Urzekla mnie ta jalowka:) Biore. No to do Lidzbarga do bankomatu. Drogo, ale... Potem po przyczepe. Z powrotem do faceta. Zapakowalismy zwierza, jedziemy do mnie. Juz ciemno, rozpakowalismy zwierza. Jedziemy razem do Zywkowa po konia dla niego. W Zywkowie bladzimy, jak sie odnajdujemy to oferent koniowatych rozklada bezradnie rece - za ciemno, za pozno, nie ma szans na zlapanie i zapakowanie roczniaka. Panowie dobijaja targu bez zwierza, wala po lufie, zostawiamy przyczepe i umawiamy sie na rano. Niby nie powinno mnie tu byc, ale przewiezienie koniowatego znaczaco obniza mi cene krowiszona, wiec jestem. Odwoze jalowkodawce do Lidzbarga (a wlasciwie za). Docieramy do domu (dzieci dzielnie mi towarzysza) i padamy na pyski. Kilka godzin pozniej jalowkodawca objawia sie u mnie na podworku. Jedziemy do koniodawcy. Podczepiamy przyczepe i na pastwisko. Obserwuje walke z konmi, nie wtracam sie. A w glowie mysli godne docenta S. - ja bym to zrobil zupelnie inaczej. Jakis czas pozniej koniowaty laduje w przyczepie. Jedziemy za Lidzbarg do jalowkodawcy. Jestem swiadkiem konfliktu pokolen (jalowkodawca kontra jalowkodawczyc) opartym o brak pradu w pastuchu. Rozladowujemy przyczepe. Odwoze przyczepe. Wracamy do domu. Mam kontynuowac gipsowanie. Ale jakies poruszenie na pastwisku. Tymek meczy jakiegos koniowatego. Dziwne. Przygladam sie i juz rozumiem. Jazon poczul zew i stawil sie na mordobicie. Rozdzielam ogiery, odprowadzam Jazona, naprawiam ogrodzenie. Lapie Tymka na lasso, z dloni idzie dym - tarcie fajna rzecz. Jakis czas potem Tymek daje sie oplatac linka, doprowadzic do skraju ogrodzenia. Zakladam mu kantar ktory mu wisze od jakiegos czasu. Robie porzadek z kozami - nie chce mi sie tego nawet opisywac. Jednoczesnie oporzadzam krowiszony - nowa Bysie i Mamune. Gipsowanie w miedzyczasie robi sie samo. Takoz w miedzyczasie kilka wyjazdow do sklepu po rozne nagle brakujace rzeczy. Moze niech ten dzien sie juz skonczy?

Mlodzi gospodarze:


Z takim rydwanem jezdzilem:


A tak sie to robi w Zywkowie:


A tak sie pociesza koniowate za Lidzbargiem:


Karmienie Bysi:


3 miesieczna MM kontra roczna HO:


Lowca traw:


Komputer mozna zastapic ksiazkami - tylko trzeba wiedziec, jakimi:)))


Dobranoc Panstwu...
21:12, scibor1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 lipca 2010
"jak Kuba Bogu...
tak Bog Kubie" rzecze starokatolickie przyslowie i podobno dlatego nie sprowadzamy z Kuby pomaranczy.
Parafrazujac: jak Portos Tarze, tak Dżons Portosowi:


To spojrzenie mowi za siebie... W ogole zrobic cos tutaj bez jakiegos kota w zanadrzu graniczy z cudem. Na przyklad zdemontowanie zwolnicy z ciagnika bez Xeny byloby...



...niewazne. I po co mam ukladac srubki w kolejnosci odkrecania? Skoro zaraz tabun kotow w poscigu za czyms nieistniejacym wysle owe srubki w piz... znaczy sie gdzie indziej...

Dobra, mialem dzis kontrole. Z wynikiem pozytywnym, choc bez kilku upomnien sie nie obeszlo. Coz, zycie. Potem zabralem sie za ciagnik. Cieknie mi ze zwolnicy olej. Olalbym to, ale dopiero po wygraniu w lotto. Na razie wciaz go potrzebuje i musze cos z tym zrobic. Albo konkretnie, albo doraznie. Okaze sie jutro - jak nie uda sie wybic piasty to Piast z tym - zrobie doraznie. Na smalec i trociny;)
18:18, scibor1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 lipca 2010
perunowa domena
Wczoraj przyszla burza. Z poludniowego wschodu. Zaczelo sie od dalekich grzmotow. Nastepny byl wiatr. I to bardzo konkretny, sporo rzeczy na podworku zmienilo lokalizacje. I wreszcie deszcz. I pioruny. I grzmoty. Wspaniala pogoda na modlitwe...
 


Dzis po burzy polozylem kres resztkom pasiastych wojownikow. Wykorzystalem ich ospalosc, namoczylem i zabilem jednego po drugim. A potem polozylem dachowki, tworzac ceramiczny kurhan dla tych, ktorzy trwali do konca. Gloria victis.
10:26, scibor1
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 lipca 2010
popiół i... żądło
Odkrylem przyczyne niecheci Kamy do siedzenia w budzie. I to doslownie, kijem. Ot, osy sobie siedzibe urzadzily. Z braku wysokopowinowatego specyfiku urzadzilem im najpierw laznie a potem posypalem im glowy popiolem:



Przy okazji stwierdzilem przydatnosc wysciolki tluszczowej, bo dostalem zadlem - w brzuch. Bolalo troche i krotko.
Wczoraj prac remontowych ciag dalszy. Jestem na etapie scianki dzialowej:



A z drugiej strony...



He he, pamietacie?;)

Dzieciaki sie pochorowaly: pogoda x (jezioro+lody) = zapalenie gardla. No to do lekarza - prywatnie, bo oczywiscie inna kasa czy jakis tam fundusz. Zadzwonilem do znajomego koniarza/lekarza i wyladowalismy u jego zony, ktora jest pediatra. Dzieciaki byly dzielne:



choc tuz przed wejsciem do gabinetu mialy stan agonalny - napad euforii... Pozniej na chwile do pana doktora, obejrzec konie - tez ma siedem, ale wiekszosc to dwumetrowe bydlaki. Potem na Lidla, a po zakupach na pobliski plac zabaw:



z przerwa na dorazne sniadanie:



Potem jeszcze chwila grozy w aptece (dbaja o pacjentow, na zewnatrz +30 a w srodku jakies +18 - dzieki temu pacjentow nie ubedzie:/). No i do domu. Na mrozona kawe i Czarna blyskawice. Bardzo, bardzo fajny film. A teraz... byle do wieczora;)
13:01, scibor1
Link Komentarze (2) »
środa, 21 lipca 2010
Indiana Jones i mlekodukt Ukulele
Jakos wczesnym popoludniem naszla mnie fantazja pobrania koniom krwi. Ot tak, bo moglem. No to lasso, pierwszy rzut i Myszak na uwiezi. No tak, a sprzet w domu. No to dzieciaki sie nabiegaly. Sklulem zwierza niemilosiernie, bo tymi iglami 0,7 to se mozna... Utoczylem w koncu dziesiatke i hejze do apteki, po konkretniejszy sprzet. No poniewaz tym razem mialem wszystko pod reka, to za Jagiem biegalem dobre pietnascie minut... No dobra, krew jest, teraz trzeba kuriera, zeby na jutro doszla. Ale to, ze kurierzy sa, nie znaczy, ze sie do nich mozna dodzwonic. A jak sie dodzwonilem i powiedzialem co chce wyslac, to mnie wyslali po banany. Zebym sobie wyprostowal, bo krwi nie wezma... No to nie. Pojechalem na poczte, poprosilem o koperte z babelkami i tak zgazowane probki wyslalem. No bo to jest tak - jakis czas temu, zeby miec w paszporcie rase, trzeba bylo robic badanie krwi. I placic. Ale jak sie wiedzialo, ze rasowego nie bedzie, to po ch... robic to badanie i placic? Wiec po prostu mowilo sie ze skoro nie rasowy, to sie krwi badac nie bedzie i paszport dawali z wpisem "typ prymitywny" albo NN. Ale gdzies kogos zabolalo, ze nie bierze kasy za badanie krwi. To teraz wymyslili, ze jak sie chce paszport, to trzeba zrobic badanie krwi - tym razem na pakiet chorob, ktore to badanie do tej pory nikomu na nic nie bylo potrzebne. No i 78zl od qnia, plus przesylka. O kasie za paszport i genialne chipowanie nie wspomne. Wychodzi na to, ze wyrobienie papierkow dla qnia to jakies 400zl. To moze miec sens przy wyscigowcu ktorego sie sprzeda za 10tys, ale niekoniecznie za egzemplarz, ktorego ktos moze z laski wezmie za 800... No tyle, ze nie musialem jeszcze weterynarza wzywac do tego pobrania krwi i mu zaplacic, bo gdzies mi sie ta pieczatka poniewiera co to ja zaraz po szkole wyrobilem...

Jedyny facet z miotu przydomowego zostal autorytatywnie ochrzczony Jones. Bo dopiero co przerobilismy czteroczesciowa trylogie (jak sie takie cos nazywa?) i na dokladke poprawilismy obrazem Osmosis Jones - polecam wszystkim matkom ktorych dzieci czuja wstret do higieny lub po prostu chca zobaczyc jak dziala uklad odpornosciowy organizmu  w wersji amerykanskiego kryminalu;)
Wracajac do Jonesa... Dzis dalem kotom wczorajsze mleko. Male futrzaki nie mogly sie dopchac do gara, wiec skorzystaly z posrednictwa Ukulele:



Kto zgadnie, gdzie jest Dżons?
21:28, scibor1
Link Komentarze (7) »
wtorek, 20 lipca 2010
Szczęki czyli jak wywolac rekina
Od dluzszego czasu chodzilo za mna obejrzenie Szczek. No zeby posmiac sie ze sztucznego rekina ktory zrobil furore w horrorze. Dzieciaki chcialy ogladac ze mna. W sumie nie mialem nic przeciwko, bo taki horror to pikus w porownaniu z niektorymi odcinkami Scooby Doo czy innego Naruto. Obejrzelismy, posmialismy sie (ale nie za szeroko, zeby nas ktos nie trafil w butle z tlenem miedzy zebami;)) i poszlismy spac.
Tymczasem rekin zaatakowal noca...



No coz, co ma wisiec, nie utonie. Czy jakos tak. Kociak byl przeznaczony na straty - najpierw probowala przeznaczenie wypelnic Tara, wbrew Naturze futrzak zostal ocalony z jej paszczy. Wiec pojawil sie... rekin. Prawem Kaduka przetrwaja najsilniejsi.
10:12, scibor1
Link Komentarze (6) »
szkola latania
Najpierw jest instruktaz prowadzony przez doswiadczona czarownice:



a potem samodzielne proby:



I to bez masci ciotki Kokosza;)
10:03, scibor1
Link Dodaj komentarz »
kowalstwo artystyczne
Przygod z elektryka ciag dalszy. Nieklamany podziw wzbudzila we mnie technologia mocowan. Na przyklad gniazdko elektryczne:



Ani chybi kon w nie kopnal zeby sie trzymalo...



bo bylo przybite do sciany dwoma podkowiakami:)

Natchniony kunsztem kowalskim wykorzystalem mloda do wyprodukowania konskiego ogona. Ale wyszedl warkocz:



Tys piknie.
09:59, scibor1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 lipca 2010
elektrycerz
Dzien jak zwykle pod znakiem remontu. Dzis z naciskiem na elektryke. Nieustajacy podziw we mnie wzbudza technologia zastosowana w instalacji. Na przyklad taka "puszka" rozdzielcza:



No ale ja elektrykiem nie jestem, wiec zrobilem po swojemu, bazujac na tym co znalazlem na strychu:



Odpukac - dziala. I moze kable nie beda juz takie okopcone...

Tymczasem na gumnie...



Nie, nie bede nawet komentowal. Powiedzmy, ze nic nie widzialem i nic nie slyszalem....
20:39, scibor1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lipca 2010
filmoteka arcydziel

Dzis zdjec nie bedzie. A bo jakos tak... upaly nie sprzyjaly. Kilka ostatnich dni spedzonych nad jeziorem zaowocowalo ewolucja w kwestii obnizenia poziomu strachu przed woda. No bo przeciez zamoczenie glowy pod prysznicem to horror byl. A teraz...:

 

 

No po tak spedzonym dniu to sie nawet jesc nie chce ze zmeczenia. Trzeba sie nakombinowac, zeby zmusic mlodziez do konsumpcji. Moze maly wyscig zbrojen?

 

 

Apetyt udzielil sie tez kociakom. Wyzwalajac przy tym pierwotne instynkty... Zdumiewajace, jak mozna warczec jedzac...

 

 

Niestety, to ostatnie nagranie Asoki. Dzis Moc ja opuscila i przy udziale ciemnej strony duszy psa polaczyla sie z przodkami...:( Bo nie ma Smierci, jest Moc... Ale zycie toczy sie dalej. Wczoraj wyposazylem sie w brakujace elementy domku na drzewie i dzis wlasciwie zakonczylem prace nad droga ewakuacyjna. Oczywiscie nalezalo to natychmiast przetestowac...

 

 

No dobra. Poza tym troche ruszylem remont pokoju. I moze niech sie ten dzien juz skonczy bez fajerwerkow...

21:56, scibor1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2