ciag dalszy relacji z agronautyki, teraz w ramach nowego zycia na swoim
RSS
środa, 27 kwietnia 2011
na letnim pastwisku
No i skończyło się siano. To znaczy są jeszcze jakieś ochłapy w stodole, ale już nie chce mi się zgrabiać. Tym bardziej, że zwierzakom nie chce się tego jeść. No to czas ułatwić sobie życie. Na początek kozoidalne dostały eksmisję:



Pełnia szczęścia. Króliki zostawiłem na później - trzeba klatki odgnoić i może w ogóle je przemieścić. Kurwiszonom też przydałoby się zmienić wychodek, znaczy otwór do wychodzenia na podwórko. Bo już wysokich lotów dostają:



Od wczoraj walczyłem z pozimowym remontem ogrodzenia. Chciałbym powiedzieć, że rąk nie czuję, ale niestety nie mogę. Ciągnięcie druta pozostawia po sobie ból zmęczeniowy. W dodatku najbardziej poprzerywane było tam, gdzie jest największe bagno. Pewnie lisy się z niego wyciągały po drucie. Niemniej jednak przeniosłem koniowate:



Jakoś tak z marszu i bez przygotowania, nie wszyscy chcieli współpracować, ale "siłom i godnościom osobistom" daliśmy radę. A skoro konie zwolniły przesmyk, to można również przemieścić krowiszony. Tu nakład pracy był nieco większy i wymagał argumentów lotnych w postaci niepowracających bumerangów. W efekcie krowiszony zostały uszczęśliwione nieco na siłę:



Ale teraz mogą się nawet wykąpać. Byle się gelaufeny nie uczyły nurkować...
Przy okazji rzut oka na zasiany owies. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że owies... JEST już na powierzchni:



No bo żyto to już od zeszłego roku informuje świat, że zielonym do góry;)



Dzień intensywny, a to dopiero połowa. Przerwa na zupkę chińską (z Radomia) i banana (z boiska;)).

Kilka godzin później...
No jeszcze przyszło mi do lasu po urobek pojechać:



Niby nic, ale załadowanie pełnego rozrzutnika własnoręcznie, w palących promieniach wczesnopopołudniowego słońca to jednak hardcore jest. Wróciłem do domu zrąbany, rozładowanie zostawiam sobie na jutro rano, bo po południu następna do lasu wyprawa. Piwo i relaks, o ile sił starczy.

Tuż przed wyprawą do lasu zmieniłem olej w ładziance, nalałem nowego. Stary wlałem do Jellinka, bo cóż to jest olej po 10 tysiącach? A olej z Jellinka poszedł do traktora jako dolewka - tam ulegnie biodegradacji i jako węglowodory niekoniecznie aromatyczne zwiąże się z atmosferą. Nie licząc tego, co zostanie wprowadzone bezpośrednio do gleby, jako mineralna pożywka dla bakterii. Ekologia rulezzzz!!!
13:40, scibor1
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 kwietnia 2011
i po Świętach
Tak. To nie pomyłka. "Świętach" jest z dużej litery. Bo tak rodzinnych Świąt to ja nie pamiętam. Nie sądziłem, że dane mi będzie spędzić Święta w tak licznym gronie mając jednocześnie poczucie całkowitej akceptacji. I to mimo rodzimowierczych akcentów zcentralizowanych w grupie pisanek, będących jakby nie było zwyczajem pogańskim udomowionym przez napływowe chrześcijaństwo.



Wszystkim Abonentom za życzenia dziękuję:) I żeby się tu przypadkiem zanadto nie rozczulić, idę poprzytulać króliki - skądinąd też symboliczne w tym okresie;)
18:01, scibor1
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 kwietnia 2011
koci wrzask
Co to jest: chodzi po ścianie i się drze? Górnicy pewnie wiedzą... Adaptacją tej zagadki niech będzie wrzeszczący od trzech dni na drzewie sierściuch. No bo kotu się weszło na drzewo, ale z zejściem był problem. Chciałem zdjąc go za pośrednictwem wiatrówki, ale zielonych oszołomów nie brakuje, więc lepiej, żeby się zwierzak męczył aż osłabnie z głodu, spadnie i się połamie. Bo tak będzie bardziej humanitarnie.
Kociak był cwany i zaczął zawodzic głosem Bonnie Tyler że "I need a hero" i się hero znalazł. A nawet dwóch:



Niby straż pożarna ma w rzyci kocie wrzaski. Ale jak się wykona odpowiednią ilośc telefonów, które są nagrywane i postraszy zielonymi, telewizją i innymi oszołomami którzy mają w rzyci ewentualnośc, że gdzieś w płonącym domu zginie dziecko, bo straż będzie zajęta zdejmowaniem kota z drzewa, to się reakcję wymusi. Choc szczerze myśląc to pewnie strażacy wykazali się inwencją w stylu "konserwacja podnośnika połączona z testem w terenie". No bo sprzęt musi byc sprawny, żeby te płonące jakby co dzieci ocalic. No dobra, kot ocalał. W przeciwieństwie to kilku placków ziemniaczanych, porzuconych na patelni na okolicznośc dokumentowania akcji ratowania kota:



Spoko, zagrożenie było minimalne, wszak straż pożarna była tuż...;)
A jakby co to i można wodę ze stawu do gaszenia, a karasia w miejsce spalonych placków...



Na szczęście takiej potrzeby nie było.

Podsumowując: dzień był pracowity, długi, i przyjemny, choc skończył się nieszczególnie.

A gdyby ktoś chciał  do ogródka komplet mebli HMiP*, to zapraszam:)



Zdjęcie poglądowe, bo ten komplet już się sprzedał, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wykonac następny w podobnej lub innej kolorystyce.
Widoczne na zdjęciu koło z Mercedesa jest dostępne za dopłatą;)

------------
*Hand Made in Poland
06:39, scibor1
Link Komentarze (6) »
sobota, 16 kwietnia 2011
pocztowy klej
Nastał czas siewu. Listonosz zaparł się, że mi posieje swoim cudownym agregatem uprawowym. No i posiał...



Trochę to trwało, trochę piwa popłynęło, bo ustawienie ustrojstwa na pożądaną ilośc ziarna było nieco... trudne. Wiec listonosz parę rundek powtarzał. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
W przerwach miedzy kolejnymi załadunkami wybrałem się do lasu sprawdzic, jak poszła wycinka pieńków. Poszła. W drodze powrotnej dałem się podpuścic i... wkleiłem, jak mawiają terenowcy. Znaczy się utopiłem ładziankę w bagienku. Husak litościwie podrzucił nas do domu, wziąłem ciągnik i się wyciągnąłem niczym Munchausen...



Trochę trwało zanim udało się dokończyc siew, ściągnąc z powrotem ładziankę i... kropnąc listonosza;))) No bo na zakończenie dnia roboczego siedliśmy do 1/2 litra ruskiej wódki, gdzie 2 to moje dwa kieliszki a 1 to prawie cała butelka wypita przez listonosza. W efekcie uciekał ode mnie zygzakiem, żeby go coś nie trafiło;))) Ale rano pojawił się znowu - traktor z agregatem zabrac - i zaznaczył, że jakby co to będzie dzwonił. No i zadzwonił. Bo wkleił i trzeba było go odklejac...



Dzeń ogólnie intensywny, ale lepszy niż poprzedni. Teraz mogę w spokoju walnąc wieczorne piwo, bo zasiałem i do sianokosów mam spokój. Teoretycznie rzecz jasna...
20:29, scibor1
Link Komentarze (1) »
środa, 13 kwietnia 2011
Kareliria
Jako się rzekło, żarówki przypięto do uszu:



Teraz potencjalni uciekinierzy będą widoczni i z daleka, i w ukryciu. Gelaufeny milczą obelżywie, przeżuwając mleko, ale w ich oczach można dostrzec iskierkę buntu wyrażalną wyrażeniem "takiego wała". A nawet takiego:



Jakby kto chciał, to zapraszam - ten już zamówiony ale zrobić następny to kilka dni roboty.
Niezależnie od wałów i spojrzeń "z byka", wzbogaciłem dziś moją izbę tortur agrarnych o szatkownicę:



Zaiste, piękna to rzecz. Do kompletu chętnie łamignatnicę i nożyce grdyczne zanabędę;)
17:34, scibor1
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
o cyckach i dawaniu dupy
No więc tak: nastał czas rzezi. Wersja normal: łapiemy królika za tylne nogi, walimy brzozowym kołkiem w łeb, czekamy aż przestanie się ruszać, wieszamy i sprawiamy. Ważne, żeby puścił krew - jeśli nie puści, możemy mieć ciemne mięso. Jak nie chce puścić po pierwszym kołkowaniu, to walimy do skutku. Jest to o tyle praktyczne, że jak po pierwszym walnięciu nie uśmiercimy zwierzaka, to każde następne skraca jego ewentualne męczarnie.
Wersja soft: królik rozumie, że nadszedł jego czas, bierze w łapki brzozowy kołek i wali się nim w łeb aż do skutku, czyli do puszczenia krwi.
Wersja supersoft: króliki rosną na drzewach, jak dojrzeją, są zrywane i odstawiane do sklepu.
Niezależnie od wersji szóstka ochotników dała, za przeproszeniem, dupy:



A jeszcze rano łapały myszy w stodole, więc są świeżutkie;)
Dobra. Zabito, oprawiono, zawieziono i sprzedano. Skóry suszą się na strychu.

Dostawa zbiegła się z kolejnymi - trzecimi - urodzinami młodej damy:



Tort smakował. Musiałem najeść się na zapas, bo na drugi dzień trzeba było odwiedzić połamańca. Poleżałem sobie u dentysty ponad godzinę:



No bo słabuje jeszcze, ciężko mu wiercić opierając się na kuli, opierał się więc głównie wiertłem o mojego zęba. Było spoko, bo ja go trzymałem za ..., no bo przecież nie o to chodzi, żebyśmy sobie ból zadawali;)

W majątku kolejny przybysz, z racji umaszczenia Orkiem zwany:



Teraz już świeci na żółto uszami, jako i Cwaniara, bo wykazują oboje choinkotatyczny zmysł ukrywania się. Trochę się martwiłem, że ich matki mają za dużo mleka i z racji niezdajania jakiś mastitis może wkroczyć. Ale Natura poradziła sobie i z tym problemem:



Zawsze można zdoić przepełnione cycki roczniakiem. Byle nie za bardzo, bo Bysia słynie z braku umiaru. Ale z drugiej strony lepiej dokarmiać, niż leczyć.

I na razie tyle nowości.
13:38, scibor1
Link Dodaj komentarz »