ciag dalszy relacji z agronautyki, teraz w ramach nowego zycia na swoim
RSS
wtorek, 30 listopada 2010
eclipse
Dzien dobroci dla zwierzat dzis byl. Ciepla woda, cieple zarcie, duzo siana, slomy, sruty i takich tam innych. W ramach rekompensaty za wczoraj, bo wczoraj caly dzien w lesie.
Jakos tak postanowilem jednak koniowate przemiescic do zimowego lokum. Wskutek zacmienia widzialem tylko jedna droge - koniowate za ryja, na sznur, przez park, przez podworko i albo miedzy traktorem a rozrzutnikiem, albo pod sznurem do bielizny miedzy drzewem a ogrodzeniem. Jednakze ujawnilem zamiar wszczęcia myślenia zmierzającego do wniosku, ze wystarczy na moment wylaczyc pastucha, odpiac dwa druty i... przy pomocy Xeny koniowate teleportowaly sie na zimowke:



Zaraz potem sie zaczelo... Przybiegl Dżons:



i z morda na mnie, ze on na podworku czeka na koniowate, a ja mu taki afront... Ulagodzilem cwiartka kurczaka i juz jest ok.
Koniowate wpadly w szal zwiadowczy, w koncu ponad pol roku tu nie byly:



I tak mi sie tylko cos kolacze w glowie, ze gdzies tu na tym pastwisku zostaly ze dwa lancuchy po krowiszonach.... Moze jednak zmienie temat, zanim dojde do wniosku?
18:38, scibor1
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 listopada 2010
na zimowym pastwisku
Wczoraj jakos tak z marszu dokonczylem dzielenie rewirow na zimowym pastwisku. No przynajmniej jesli o krowiszony chodzi. I rownie z marszu przegonilem zainteresowanych metoda kija i marchewki. A wlasciwie siana:
 


Oczywiscie choinka byla glownym punktem zapalnym, okreslonym jako point no return, ale jakos sie udalo...



Mam nadzieje, ze po nocy nadal sa na docelowym pastwisku... W porownaniu z dotychczasowymi metodami pedzenia byla, ta jest jednoosobowa i bezstresowa.
Zostaly koniowate, ale teraz maja dla siebie 2,5 trojpolowki, wiec sie nie spieszy. Na spokojnie przepne im zasilanie i zabarykaduje opcje dostepu do gumna. Niekoniecznie dzis. Bo dzis niedziela i chce sie relaksacyjnie do lasu wybrac. Z pila...
06:34, scibor1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 listopada 2010
tur
To takie zwierze. Albo ladowacz czolowy w ciagniku. Tak mnie naszlo, zeby pare kostek slomy z pola przywiezc...



W sumie to widok budujacy:



Az zal ze soltys mnie nie widzial...
Mimo snieznej mokrosci ladzianka dala rade i na pastwisku:



Tylko ze sie uebala w blocie. Nic to. Przyjechal pan co ma firme zajmujaca sie uzdatnianiem gruntow do stanu lakowego. Pokazalem mu co trzeba wyciac, jak bedzie pogoda (mroz znaczy sie) to w przyszlym tygodniu zrobi. Za drewno. I moze mi troche zostanie.
Przy okazji zajechalismy do Husaka. Czy przechowa sprzet zrebkujacy. Przechowa. A nad oraniem i sianiem jeczmienia to jeszcze mysli. Dobrze, ze nie kupilem. Bo pojade na drugi koniec PL po dwa worki, przywioze mu, a on znow zastrzeli mnie tekstem... "zaszly zmiany"...
Pociagnalem troche druta, ale chwile temu dalem spokoj - noga boli. Nie ma co przeginac. Za to trzeba palic. Ma byc minus pięć...
15:16, scibor1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 listopada 2010
dziel i rządź
Jakos tak wczoraj cieplo mi bylo wieczorem i odpuscilem sobie palenie w piecu. No i wywolalem ubieranie choinki:



W snieg. Niby pierwszy snieg jest nietrwaly i wieczorem sladu z niego nie bedzie, ale i tak jest to sygnal do aktywacji zimowego pastwiska. Poniewaz z roznych przyczyn jeszcze nie jest aktywne, przeprowadzilem tylko Muśkę w miejsce docelowe:



Male krowiszony omal nie ocipialy ze szczescia, czego o Musce powiedziec nie mozna. Ale ona nie wie, co dla niej dobre...:/
Do tego, ze niemozliwym jest znalezienie dobrego pracownika zdazylem sie przyzwyczaic. Ale ze nikt nie chce drewna opalowego za darmo, to juz mnie przerasta. Zyjemy w kraju dobrobytu. Wszyscy wszystko maja nic nie robiac. Alleluja! Amen. K....
08:50, scibor1
Link Komentarze (1) »
środa, 24 listopada 2010
mutagen kurotaktyczny
Obejrzalem wczoraj Czlowieka bez przeszlosci. Film rozrzewniajacy, bo finski. Zaczyna sie jak trzech chlopaczkow tlucze bejzbolem spiacego na lawce faceta w wyniku czego traci on pamiec a wraz z nia swoja przeszlosc. Ale ja nie o tym, o tego bejzbola mi chodzilo. Bo od wczoraj dumam nad usmierceniem nadprogramowych kroliczkow. I tak mi sie kojarzy z forumokrolikach.pl, gdzie ktos zapytal, co jeszcze robicie ze swoimi krolikami i mi sie nasunela odpowiedz: napierdalam je metalowym pretem. Czasem moja blyskotliwosc na poziomie porucznika Rżewskiego nawet mnie zaskakuje;)
No ale do rzeczy. Poszedlem rano na zwiad do krolikarni. Niebieska wczoraj wyrywala sobie siersc, a dzisiaj po siersci nie ma sladu. Zagladam wiec kontrolnie do skrzynki, a tam mordownia. W kacie leza zwloki sztuk trzy, duze, zimne i z ubytkami. Skory, dupy i mozgu. Niedobrze.
Ale w drugim kacie jest gniazdo, rusza sie. Sa cztery zywe, normalnej wielkosci, czyli male. Bo te martwe to 2-3x wieksze. Normalnie mutanty jakies. Tak czy inaczej mamy do dyspozycji cztery sutki nadprogramowe, wiec bejzbol czy inny pret nie bedzie potrzebny. Ide wiec do Bialej, podebrac nadmiarowa dwojke. Sila rzeczy z tej kotlowni ->



Trzeba wybrac najslabszych skazancow celem ulaskawienia. No kurde, ale jest tylko dziewiec. Czyzbym sie pomylil? Albo cos zostalo pozarte? Potem bede sie tym martwil. Wybieram dwa najlichsze, tytlam w puchu nowego gniazda i lokuje na samym dnie, zeby jak najszybciej nasiaknely nowym zapachem. Jeszcze rzut oka na kurnik, czy sa jajka (nie ma) i cudem dostrzegam rozowego pelzaka. Jest brakujacy kroliczek! Wykazal sie wrodzona kurotaksją albo poszedl na jajka, bo mu mleko nie wystarcza... Capnalem uciekiniera dobre 3 metry od rodzinnego gniazda, wyjasnilem, ze tak sie nie robi bo prętem i zapakowalem do rodzenstwa, zeby sie ogrzal. Moze przezyje.

No bo mutanty nie przezyly:



I nawet psy nie bardzo chcialy sie za nie zabrac, takie dziwne byly.
Kurde, ponudzilbym sie...
08:41, scibor1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 listopada 2010
popcorn
Pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, puk i dup.

Czyli 11 kroliczkow sie urodzilo, w tym jeden martwy i jeden z dziwna plama na brzuszku. Poczekam dwa dni i o ile nic samo nie zdechnie wyrownam do osmiu.
10:48, scibor1
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 listopada 2010
syndrom Achillesa
Jak ladowalismy ten wegiel do workow to upadl mi na noge taki wiekszy kawalek. Olalem...

Sobota przesiedziana w domu, bo lalo caly dzien praktycznie.

W niedziele zamowilem sobie pana M. do wykonania prac, ktore budza we mnie smutek i obrzydzenie. Zaczelismy jednak od uszczesliwienia malych krowiszonow sianokiszonka. Oczywiscie pierwotna wizja ze przewalimy balota na bok i wtoczymy za ogrodzenie upadla przy ktoryms kolejnym uslizgu bolacej nogi. No to w traktor. Traktor no habla:/ Za bardzo sie spieszylem, niedogrzalem swiec i wykonczylem akumulator. No to w ladzianke - tu poszlo bezproblemowo. Krowiszony zostaly uszczesliwione:



Pan M. zabral sie wiec za prace mnie niegodne, a ja zaczalem ciagnac druta. Drut znaczy, na zimowym pastwisku bo zima tuz tuz. Zawzialem sie, ze przeciagne te 400 metrow w jednym kawalku i przeciagnalem:) Co prawda organizm sygnalizowal problem motoryczny, ale zagluszylem te sygnaly patriotycznymi piosenkami "I need a hero" i "Macho man". To nic, ze chodze coraz wolniej, wazne ze chodze. Doszedlem do obiadu, nastepnie nawet dojechalem do kolacji (polecam kebab w bartoszyckim klubie Joker - pyszny, olbrzymi, za rozsadne pieniadze i bez dymu papierosowego:)). Nie moglem sobie znalezc miejsca, jakis taki niepokoj spowodowany dyskomfortem w poruszaniu sie... Powrot do domu z przerwa na obywatelski, tfu, obowiazek. Moje lokalne typy to Dwulatowa, Janikowa i Zablocki - bo ich znam i osobiscie sie do mnie pofatygowali z uprzejma prosba. A niech trzepia kase, co mi tam...
Noc do polnocy praktycznie nieprzespana, bo boli. No to nie ma co gdybac, w samochod i rura na pogotowie. Przyjela mnie ekipa czterech pielegniarek, szybko zauwazyly roznice w wielkosci konczyn i uznaly zasadnosc mojej obecnosci. Piec minut pozniej pojawil sie lekarz, ktoremu wyluszczylem pokrotce problem. Ja: "Boli!" Lekarz: "A bedzie jeszcze gorzej...". Ustalilismy wiec fakty. Obadal co mogl bez rtg, bo rtg nie mogl. Bo o tej porze rtg robi sie wylacznie w stanach zagrozenia zycia, a uraz palucha sie do takich nie zalicza. Zauwazylem, ze skoro Achilles polegl od postrzalu w piete/sciegno jego imienia, to biorac pod uwage moje nazwisko, przedmiotowy uraz dotyczy calego organizmu. Ta blyskotliwa uwaga zdobylem rzesze fanek w osobach pielegniarek, natomiast lekarz, gdy juz odzyskal mowe, stwierdzil, ze przyjmie mnie na pogotowiu o 9tej rano, z pominieciem standardowej drogi postepowania.
Powrot do domu i przemeczona noc. Zgodnie z ustaleniami o 9-tej lekarz juz na mnie czekal. Szybkie skierowanie na rtg i szybki rtg. Wbrew oczekiwaniom zainteresowanych stron, rtg wykazalo... nic.



Pomijajac oczywiscie drzewa w tle. Ale biorac pod uwage rozmiar rzeczonego palucha, stluczenie uznano za powazne. Nieco zawiedziony ale nadal troskliwy lekarz zaordynowal mi leki przeciwbolowe, pobudzajace krazenie, oklady z lodu i nieobciazanie konczyny przez dwa tygodnie. Spojrzalem na niego z politowaniem, on na mnie ze zrozumieniem. Wynegocjowalem mozliwosc poruszania sie w wyjatkowych sytuacjach (jakies 90% egzystencji) pod warunkiem stosowania obuwia o sztywnej podeszwie. I obiecalem ze nic nie bede nosil. W myslach poczynilem wyjatki dla kostki siana razy x i wiadra wegla razy y. Szybka (umownie) wizyta w aptece.
Wrocilem do domu uzywajac sprzegla piec razy.
Pierwsze co zrobilem to garsc diklofenaku doustnie. Bo lekarz powiedzial, ze te APAPy i Paracetamole to sobie mozna...
Nastepnie wykonalem sztywna "podeszwe" z deseczki, ktora zamocowalem opaska elastyczna tworzac but sztywny aczkolwiek przemakalny. Naciagniecie na niego pojedynczego elementu wchodzacego w sklad OP-1 zaowocowalo narodzinami Lodra Wodera:



I tak wyposazony oporzadzilem obejscie. Ale nie bede cwaniakowal. Przez dwa tygodnie robie tylko niezbedne minimum...
12:40, scibor1
Link Komentarze (3) »
sobota, 20 listopada 2010
leniwy pragmatyzm
Pooperacyjnie trzeba sie oszczedzac. Zadzwonilem wiec do ohapu i wyluszczylem pani Basi, ze potrzebuje neandertalczyka. Silny, umiesniony, nienachalnie inteligentny. Zeby mlotem i siekiera robic potrafil. No to mi naraila pana M. Niestety daleko mu do moich wymagan, ale coz... Zagonilem chlopa do roboty. Przy ogrodzeniu. Jednakowoz to ja mam jakis feler. Psychiczny. Nie potrafie zlecic i za kilka godzin przyjsc i sprawdzic. Wytrzymalem tylko jego samodzielne rozebranie starego ogrodzenia. Slupki powbijalem juz sam. Zeby miec pewnosc... Na szczescie ziemia mokra i miekka, ciezko nie bylo. Nastepnie zlecilem rozladunek drewna z rozrzutnika. No bo raz, ze mi sie nie chce, dwa, ze jednak chyba bym bez drabiny nie wlazl. Bo cos by mi wylazlo:/ Pan M. rozladowywal, ja wkrecalem izolatory. Jak skonczylismy, uprzejmie poprosilem o umycie przyczepy, sam zajalem sie papierkami. Przy okazji zdzwonilem sie z mila pania, ktora miala do sprzedania pol tony wegla za 200zl. Jako ze cena okazyjna, czlowiek do pomocy jest, pojechalismy zakup uczynic. Na miejscu musielismy sobie to zaworkowac i uzgodnic ile to jest pol tony. No niby 10 workow po 50kg, ale przytaszczona przez wlasciciela waga lazienkowa wykazala 60kg niepelnego worka. W sumie dziewiatego. Ofertodawca szybko na glos przemnozyl ze szescdziesiat razy dziewiec workow to 480 kilo, skwapliwie przytaknalem i zrezygnowalem z dosypywania "brakujacych" dwudziestu. Szybko uiscilem naleznosc i opuscilismy posesje. Na ulicy rozliczylem sie z panem M. i poczolgalem sie do domu. Ladzianka jeczala, szorowala podbrzuszem na nierownosciach, ale dala rade:) Pozostalo rozladowac... Tak przez chwile dumalem czyby nie zawezwac kogos do pomocy w rozladunku, ale nie - w koncu to rozladunek "w dol". Dam se radeeeee...



Na drugi dzien listonosz stwierdzil, ze jestem len. Bo caly opal skladam pod drzwiami. Ale nie potrafil logicznie uzasadnic, dlaczego mialbym to wszystko miec na drugim koncu podworka. Jak sie potnie i pouklada, ze o bliskosci workow z weglem nie wspomne, to wystarczy w zimie wyjsc przed dom i opal jest pod reka. Po jaka cholere biegac po to za stodole? W dodatku w sniegu po kolana? Coz, jesli dla kogos pragmatyzm to lenistwo, niech tak bedzie. Tylko dlaczego on listy rozwozi samochodem? Moglby rowerem, nieprawdaz?;)
16:20, scibor1
Link Komentarze (4) »
środa, 17 listopada 2010
umowne paali
Zimno. Trzeba pomyslec o ogrzewaniu. Na poczatek sie, wiec zakupilem sobie kurtke robocza. Czekam na przesylke, przyjdzie to sie pochwale. Bo stara wiosenno-jesienna juz nie wystarcza. Mam nadzieje, ze kicajacym futro wystarcza:



Zadzwonili wczoraj rano panowie do wycinki. Z polecenia jehowitow. Juz wczesniej im pokazywalem co jest do zrobienia, ustalilismy cene i co trzeba zrobic. Ale zadzwonili, ze jakas umowe by chcieli podpisac. Nie ma problemu. Przewidzialem, co bedzie zawierac ich umowa, wiec profilaktycznie napisalem swoja wesje. Kto komu zleca, co konkretnie zleca, jaki jest termin realizacji, za jakie pieniadze i kiedy bedzie zaplacone. Plus uwagi. Przyjechali. No faktycznie, umowe mieli ramowa - ze ja im zaplace konkretna kwote za... wycinke. Znaczy sie moga wyciac dwa drzewka i zazadac zaplaty calej kwoty. Podpisalismy moja wersje, pojechalismy do lasu, pokazalem jeszcze raz co i jak. Wrocilem do domu i mi sie Suomi przypomnialo... jaka piekna paali...



Znaczy sie brat sklepowej uregulowal naleznosc za udostepnienie laki:) I dobrze, trzeba to wyprobowac na krowiszonach. Moze przez weekend.
Dziwnie wczesnie panowie zadzwonili z lasu. Ze lancuch im pekl w pile i ze moge juz po przyczepe przyjechac. No to pojechalem. Mieli dla mnie tez drugiego niusa. Ze rezygnuja. Bo za ciezko, za duzo roboty, ze za te pieniadze co sie umowilismy to im na nowe lancuchy w miejsce pekajacych nie starczy... Normalnie sie rozczulilem. Widzac moje rozczulenie nie osmielili sie zazadac zaplaty za ten dzien, choc faktycznie troche sie narobili:




No ale nic, pozostaje mi szukac kogos innego, a w miedzyczasie wycinac samemu. No bo jak to mowia - chcesz cos zrobic dobrze, zrob to sam:/
10:01, scibor1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 listopada 2010
bezruch kicających
Mniej wiecej tydzien temu pelzajace kotlowaly sie w gniezdzie, przypominajac owlosione gady:



no moze troche przypominaly Fikandera...



Ale czas plynie. Widac to chocby po Ośmiole, ktory przedwczoraj dostal delegacje:



Wracajac do gniazda... Pelzajace przepoczwarzyly sie w kicające:



Cecha charakterystyczna kicających jest zwiekszona mobilnosc i niemoznosc osiagniecia bezruchu...



dlatego zdjecia sa jakie sa...



Rozkicalo sie towarzystwo po calym boksie, jeszcze ostroznie, bo to caly wielki swiat - trzeba wiec wychynac na moment i zaraz wracac:



Kicające maja juz 3 tygodnie. Czas plynie...
07:36, scibor1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2